Dołącz do czytelników
Brak wyników

Jak Polacy „ugryzą” embargo?

Artykuł | 30 września 2014 |
48

Jeśli owoc to jabłko, jeśli ciasto – to szarlotka. Koniecznie z polskich jabłek. Od sierpnia rodzime antonówki czy renety nie są już jedynie produktami spożywczymi, stały się symbolem politycznym. Mimo licznych zapowiedzi nie były jednak chętniej kupowane przez Polaków. Czy w takim razie przedstawicielom rodzimej branży spożywczej opłaca się odwoływać do „spożywczego patriotyzmu”? Czy na sentyment Polaków mogą liczyć produkty, które nie urosły do rangi symbolu?

W odpowiedzi na kolejne zachodnie sankcje 7 sierpnia Rosja wprowadziła zakaz importu m.in. warzyw, owoców i mięsa z USA, Unii Europejskiej, Australii, Kanady oraz Norwegii. Wcześniej, 1 sierpnia, Rosja wprowadziła embargo na niektóre owoce i warzywa z Polski.

Szybko symbolem sprzeciwu wobec rosyjskiej polityki stały się rodzime jabłka. Polacy deklarowali, że jedzą jabłka nie tylko ze względu na ich walory smakowe, ale także na złość Władimirowi Putinowi. Media nagłaśniały kłopoty sadowników, producenci innych owoców i warzyw pozostawali w cieniu. Z danych Agencji Rynku Rolnego wynika tymczasem, że w Polsce największy problem z powodu embarga Rosji mają producenci… papryki i kapusty.

O tym, że w Polsce produkuje się nie tylko jabłka zaczął przypominać Marcin Wroński, Prezes Instytutu Rozwoju Rolnictwa im. Władysława Grabskiego. Wroński zauważył, że w wyniku embarga nałożonego przez Rosję i kilka innych państw aż o jedną piątą spadł od początku roku eksport polskiej wieprzowiny. O tym, jak skutecznie przypominać Polakom o rodzimych brokułach będą z kolei dyskutować uczestnicy Konferencji na temat Konsumpcji Brokułów, którzy spotkają się na początku października w Serocku. Nad nowymi rozwiązaniami będą się zastanawiać naukowcy, producenci, dostawcy i przedstawiciele sieci handlowych.

Pochwała stowarzyszeń

Patriotycznych wyborów w sklepach zaczęli dokonywać niektórzy polscy przedsiębiorcy. Wzorem Ryszarda Florka, szefa Fakro, zaczęli kupować jabłka dla swoich pracowników. Sprzyja im niedawna interpretacja Trybunału Konstytucyjnego, zgodnie z którą od takich świadczeń nie trzeba odprowadzać podatków i składek, jeśli firma nie jest w stanie wyliczyć, ile dokładnie zyskał pracownik. Wystarczyło zatem udostępnić pracownikom owoce i warzywa, z których ci mogli korzystać wedle uznania.

Dzięki unijnemu wsparciu pojawiła się także szansa na przekazywanie polskich produktów za rekompensatą do szkół i przedszkoli. Jak informuje Iwona Ciechan, rzecznik prasowy Agencji Rynku Rolnego, obecnie w rejestrze jednostek uprawnionych do bezpłatnego otrzymania żywności wycofanej z rynku znajdują się 74 szkoły, 10 przedszkoli i kilkanaście placówek o charakterze opiekuńczo-wychowawczym. – Do 23 września wpłynęło ponad 200 nowych wniosków od szkół i kilka od przedszkoli, jednak codzienne wpływają kolejne – dodaje Iwona Ciechan. Formularz wniosku można znaleźć na stronie internetowej Agencji Rynku Rolnego.

Własne pomysły na zminimalizowanie skutków embarga i przygotowanie się do podobnych sytuacji w przyszłości prezentują przedstawiciele branży spożywczej. Zdaniem Michała Taraski z Sakata Vegetables Europe, organizatora Konferencji na temat Konsumpcji Brokułów, warto przekonywać Polaków do rodzimych produktów. Kluczową rolę mają w tym wypadku odegrać stowarzyszenia. – Działający osobno producenci i dystrybutorzy są podatni na nagłe wstrząsy. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja stowarzyszonych firm, które działając wspólnie mogą sobie pozwolić na skuteczniejszą promocję i pozyskiwanie nowych klientów – stwierdza.

Talerz polskich produktów?

Zdaniem Michała Koleśnikowa, analityka rynków rolnych Banku BGŻ, próby zwiększania popytu krajowego to dobra droga do zagospodarowania przynajmniej części żywności, której nie udało się sprzedać w Rosji. – Czasami pozyskanie nowego, zagranicznego rynku zbytu to miesiące negocjacji, podróży służbowych, uzyskiwania certyfikatów. To trwa, a czasu nie mamy dużo, bo chodzi o zagospodarowanie tegorocznych zbiorów. Dlatego zachęcenie każdego Polaka, aby zjadł kilka kilogramów owoców i warzyw więcej, wydaje się stosunkowo proste. Zwłaszcza teraz, gdy ceny spadają – przekonuje analityk.

Czy Polacy są w stanie zjeść wszystkie owoce i warzywa, które z powodu embarga nie trafiły na rynek rosyjski? W tak optymistyczny scenariusz Koleśnikow nie wierzy. Wtóruje mu Michał Taraska. – Trudno się łudzić, że zapotrzebowanie na poszczególne produkty wzrośnie w Polsce aż tak bardzo. Ale na pewno na talerzach Polaków znajdzie się jeszcze trochę miejsca dla polskich produktów. Dlatego liczę na to, że w trakcie konferencji dojdziemy do konsensusu, w jaki sposób zachęcić naszych rodaków do kupowania polskich brokułów – dodaje Taraska.

Pochodzenie produktów ważniejsze

Od sierpnia trwa walka branży spożywczej o przychylność polskich konsumentów. Do sięgania po polskie produkty zachęcają politycy, o nowych sposobach promocji dyskutują eksperci. Słyszymy, że kupowanie rodzimych produktów przestało być wyłącznie konsumenckim wyborem, a stało się czymś na kształt politycznej deklaracji.

Wydaje się jednak, że na razie na deklaracjach się kończy – jak jeszcze w sierpniu informowały media, zmasowana akcja poparcia dla polskich jabłek nie przełożyła się w widoczny sposób na sprzedaż. Czy zatem wszystkie próby pozyskania przychylności Polaków mijały się z celem? A może wkupienie się w łaski polskich konsumentów wymaga mniej wyrafinowanych, ale za to bardziej długofalowych zabiegów? Eksperci zgadzają się co do jednego – większa świadomość pochodzenia produktów to coś, o co warto walczyć. – Zapewne nadal będziemy się kierować przede wszystkim ceną, dostępnością czy wyglądem zewnętrznym towaru, ale pochodzenie stanie się nieco ważniejsze niż dotąd. I to już coś – stwierdza Michał Koleśnikow. Zdaniem analityka polscy producenci powinni z tej szansy skorzystać. – W ostatecznym rozrachunku to przekłada się na pieniądze – podsumowuje.

Przypisy