Głód, którego wszyscy doświadczamy

Otwarty dostęp

„To, co naprawdę karmi, rzadko zostawia dowód.”   

Czasem coś zmienia się bez wyraźnego powodu. Bez braku. Bez pęknięcia. Bez potrzeby natychmiastowego nazwania. Dopiero po czasie ujawnia się napięcie - nie jako żądanie, lecz jako przesunięcie miary.

Nie jest to brak, który da się wskazać palcem. Bardziej zmiana ciężaru, jakby coś niepostrzeżenie przestało ważyć tyle, ile ważyło wcześniej. Świat pozostaje ten sam, lecz przestaje układać się w znany porządek.

Między myślą a pierwotnym poruszeniem

Nie jest to przestrzeń stabilna. Raczej stan przejściowy, w którym to, co rozumiane, przestaje wystarczać, a to, co odczuwane, nie chce jeszcze przyjąć formy. Myśl nadal próbuje porządkować doświadczenie, lecz czucie wyprzedza ją o krok, pozostawiając po sobie jedynie napięcie.

W tym miejscu nie pojawiają się odpowiedzi. Pojawia się wrażliwość na to, co wcześniej było pomijane. Jakby wewnętrzny system przestał faworyzować jasność i pozwolił na obecność czegoś, co nie domaga się wyjaśnienia.

W miejscu, gdzie miara się cofa

Od tego momentu głód przestaje odnosić się do tego, co dostępne. Nie reaguje na bodźce, nie odpowiada na propozycje, nie rozpoznaje substytutów. Jest obecny jako niezgodność między tym, co przychodzi, a tym, co może zostać przyjęte.

To naruszenie nie wywołuje kryzysu. Nie domaga się zmiany kierunku ani nowej narracji. Jedynie sprawia, że to, co powierzchowne, przestaje zostawiać ślad.             

Bez formy, bez adresu

Głód nie szuka obiektu. Nie kieruje się ku definicjom, historiom ani obietnicom. Jest stanem gotowości, który pojawia się wcześniej niż możliwość nazwania.

Dlatego tak łatwo pomylić go z brakiem. A jednak nie domaga się wypełnienia. Domaga się przestrzeni, w której nie trzeba go natychmiast zamykać.

Między bliskością, a gestem

W tym miejscu bliskość przestaje być relacją. Nie organizuje się wokół gestów ani znaczeń. Jest obecna jako napięcie, które pojawia się wtedy, gdy forma zaczyna ciążyć.

Słowa stają się zbyt wąskie. Gesty zbyt śliskie. Definicje zbyt ostateczne, by mogły unieść to, co się pojawiło. Nie dlatego, że są niewłaściwe. Lecz dlatego, że próbują domknąć coś, co istnieje tylko w otwartości. Jakby to, co najbliższe, nie chciało zostać utrwalone, a jedynie rozpoznane - na moment, zanim przyjmie kształt.       

Poza tym, co zostało nazwane           

Miłość nie rozpoznaje granic, które próbuje się jej nadać. Przechodzi przez definicje, lecz nigdzie w nich nie zostaje. Może pojawić się w spojrzeniu, w ciszy, w nagłym zrozumieniu albo w utracie, ale żadna z tych sytuacji nie wyczerpuje jej obecności. Jakby każde spotkanie było tylko chwilą, która zaraz potem okazuje się zbyt wąska.

Zanim pojawi się myśl            

Impuls pojawia się wcześniej niż język, wcześniej niż decyzja, wcześniej niż wybór. Jest ruchem, który nie pyta o zgodę i nie czeka na interpretację. Dopiero później to, co potrzebuje wyjaśnienia, próbuje go opisać, uporządkować, włączyć w znany schemat. I właśnie wtedy coś zaczyna się oddalać - nie dlatego, że impuls znika, lecz dlatego, że został ujęty w ramy.

To, co reaguje wcześniej niż myśl, nie znika. Oddala się jedynie od miejsca, w którym próbuje się je zatrzymać. Jakby nie chciało zostać uznane za coś, co można w pełni zrozumieć.

Otwartość jako warunek       

Pozostawanie w tym stanie nie wymaga wysiłku ani kontroli. Wymaga zgody na to, by nie wiedzieć i nie oczekiwać. Na to, by nie domykać doświadczenia w jednej opowieści. Miłość nie potrzebuje potwierdzenia ani trwałości rozumianej jako forma. Potrzebuje jedynie przestrzeni, w której może się pojawić i zniknąć bez konieczności bycia zatrzymaną.

Bez domknięcia

Nie wszystko, co się pojawia, chce zostać nazwane. Nie wszystko, co porusza, chce zostać zatrzymane.

Czasem to, co karmi, nie przychodzi po to, by zostać posiadane. Przychodzi, by naruszyć miarę. I odejść.

CREATOZ
www.creatoz.com.pl

Przypisy

    POZNAJ PUBLIKACJE Z NASZEJ KSIĘGARNI